OBIAD W 10 MINUT #2

Uwielbiam wyzwania! Zwłaszcza te kulinarne. Jak parę dni temu wpadłam na pomysł, jaki obiad w 10 minut można by zaserwować, to od razu zaplanowałam sobie czas realizacji. I wiecie nie taki obiad, że kluchy i np. szpinak, tylko taki obiad konkret i żeby do tego smaczny była a przede wszystkim przez dzieci jadalny. Od razu moim pierwszym typem był kus kus – robi się sam. Wystarczy tylko zagotować taką samą ilość wody co kaszy, dodać odrobinę soli, przykryć wszystko w garnku i już. Ale co do tego? Przypomniało mi się jak kumpel, co mięsa nie ja pewnego razu wyjął z lodówki puszkę tuńczyka i w parę minut wyczarował kotlety. Byłam serio pod wrażeniem i to facet jeszcze… Od tamtej pory, jak nie wiem co na obiad, to robię te kotleciki właśnie. Ale do rzeczy! Oglądajcie filmik, sprawdźcie, czy dałam radę. A jak macie ochotę zrobić to samo, to zostawiam Wam przepis.

KUS KUS Z WARZYWAMI

szklanka kaszy kus kus

szklanka wody

dowolne warzywa

sól, pieprz i zioła do smaku

Szklankę wody gotujemy, lekko solimy a następnie wrzucamy do niej kus kus. Wyłączamy i zostawiamy nasz kus kus w wodzie pod przykryciem na 5 minut. Gotowe

 

KOTLECIKI Z TUŃCZYKA

2 puszki tuńczyka w kawałkach w oleju (można zainwestować w tuńczyka w szkle, im droższy tym lepszy – taka prawda)

jajko

kasza kukurydziana/mąka kukurydziana/bułka tarta

natka pietruszki/koperek/dowolne zioła

sól, pieprz do smaku

Odcedzamy tuńczyka z oleju i przekładamy do miski. Dodajemy natkę, koperek albo nasze ulubione zioła, odrobinę soli i pieprzu, wbijamy jajko. Wszystko mieszamy dorzucając albo bułkę tartą albo kaszę lub mąkę kukurydzianą. Można też śmiało dorzucić cebulkę i czosnek, jeżeli macie ochotę. Formujemy kotleciki i smażymy po kilka minut z każdej ze stron.

SMACZNEGO!

 

 

 

RARYTASY #3

Cześć! Rarytasy to po naszemu „ulubieńcy”, czyli rzeczy, gadżety, które możemy Wam polecić. A co mam dzisiaj dla Was w Rarytasach? Po raz pierwszy u mnie coś kosmetycznego! Ale nic na to nie poradzę, że wkręciłam się trochę w profesjonalny make-up. Dostałam od Starego na urodziny świetne pędzle a teraz w końcu znalazłam fantastyczny produkt do podkreślania brwi. Oto ON, więcej pisać nie będę, bo wszystko oczywiście w filmiku;)

Rarytas numer dwa. Nie wiem jak u Was z kolorowaniem/rysowaniem/malowaniem sprawy się mają…Ale u nas jest szał! Moja Baśka, która zawsze szalała i przez 5 minut nie mogła posiedzieć w spokoju, nagle przez pół godziny koloruje. Farby też są ok. Idąc tropem plastycznym u Świętego Mikołaja zamówiłam super zestaw od Janod. O, tutaj JEST.

A na koniec książka, o której słyszałam bardzo dużo, ale nikt wprost nie powiedział mi, czy ona działa czy nie. To książka „O króliku, który chce zasnąć”. Kupiłam, sprawdziłam, wszystko zarejestrowane. Uważam, że działa! Rzeczywiście pomaga zasnąć. Tylko dziewczyny muszą wcześniej się wyszaleć i już muszą być już nieco zmęczone.

SZYCIE GŁOWY!

Jeżeli miałabym typować, która z moich dziewczyn pierwsza rozwali łeb i będzie miała szycie tudzież złamie sobie kończynę, to zdecydowanie obstawiłabym Baśkę. To ona jest zawsze pierwsza na drzewie, uskutecznia skoki na murku czy bije się z chłopakami. Typ łobuziarsko – aktywno – sportowy. A tu tymczasem małą biedną Jadziunię framuga pokonała. Lała się krew, była pierwsza podróż karetką i pierwsze szycie. Z resztą okoliczności wypadku i jego następstwa w filmiku są dokładnie opisane. Jest  też odpowiedź na pytanie, co robić po szyciu głowy, kiedy zdjąć szwy i co najważniejsze jaką maść stosować. Powiem Wam, że miałam z tym problem i trudno mi było znaleźć rozwiązanie a w necie nic ciekawego nie znalazłam. Dlatego jak już wiem, to stwierdziłam, że muszę się tym wszystkim z Wami podzielić:)

Ale ten filmik to nie tylko opowieść o szyciu głowy, ale również nasz weendowy vlog. Swoją drogą tym razem, to serio nasz najdłuższy film ever. Usiądźcie zatem wygodnie i oglądajcie. Miłego odbioru!

 

 

BARBARA NARCIARA

Oto jest, nasz vlog z rodzinnego obozu narciarskiego. Było wspaniale! Byliśmy w Białce Tatrzańskiej a dzieciaki w przedszkolu narciarskim stawiały pierwsze kroki na stokach Kaniówki. Właśnie, jak już wszystko było zarezerwowane to zorientowałam się, że wcale nie mieszkamy blisko Kotelnicy, tylko Kaniówki. I był lekki nerw, że jak to? Przecież miały być piękne długie trasy a nie dwie na krzyż. Ale, ale na szczęście organizatorzy wiedzieli, co robią! Na Kaniówce było spokojnie, mało ludzi. Pierwsza niebieska trasa z orczykiem idealna do nauki a druga z krzesłem świetna do szkolenia i postawienia poprzeczki nieco wyżej. I ta radość z podróży latającą kanapą;)

Ja cały czas jestem w szoku, że ta moja Baśka w 6 dni nauczyła się jeździć! To wszystko zasługa instruktorów, którzy byli wspaniali. Mieli tak genialne podejście do dzieci, z innymi rodzicami podziwiałam ich cierpliwość, spokój i pasję. Organizacja nauki też nie bez znaczenia. Dwie godziny z małą przerwą na herbatę i ciacho, to optymalny czas na stoku dla maluchów. Ale my na stok wracaliśmy jeszcze po południu i to też było ekstra, bo po tych kilku godzinach przerwy było widać kolejne postępy. Co więcej same dzieci czuły, że idzie im coraz lepiej i za każdym razem miały coraz większą frajdę z jazdy i motywację.

Podsumowując jeżeli chcecie, żeby Wasze dzieciaki jeździły, to polecam Wam przedszkola narciarskie tudzież inne zajęcia z dziećmi. Taka formuła jest zdecydowanie bardziej intensywna i tańsza niż godziny jazdy z instruktorem. Warto tylko zwrócić uwagę na to, żeby wszystko było z głową ogarnięte i żeby dzieci jeździły w max. 3,4 osobowych grupach.

JESTEŚMY NA NARTACH!

Długo zastanawiałam się, co by tu wykombinować, żeby Baśka w tym sezonie już całkiem nieźle radziła sobie na nartach. Pierwsza myśl –  wracamy na Górkę Szczęśliwicką od listopada! Ale, co zrobić, kiedy śniegu brak a jazda na igielicie do zachęcających dla początkującego narciarza nie należy. Odpuściłam… Dobra, to pojedziemy gdzieś za granicę. Ale tutaj okazało się, że trudno jest znaleźć miejsce – te fajniejsze wyjazdy bookowane są bardzo szybko. Po drugie trudno jest znaleźć wyjazd w przystępnej cenie i żeby do tego były jeszcze dobrze zorganizowane zajęcia narciarskie dla dzieci, bo wiedziałam, że bez tego taki wyjazd nie ma sensu. A i tak nie gwarantowało to sukcesu, bo nawet w Alpach na pięknych trasach mogło się okazać, że narty wcale nie są takie fajne. Nie ma zatem, co ryzykować. Jedziemy w nasze polskie góry. I plan był taki: pojedziemy teraz na początku roku i jak Barbara z nartami będzie za pan brat, to na ferie pojedziemy gdzieś drugi raz albo później w marcu/kwietniu za granicę. Ach, mi to się marzą południowe włoskie stoki – nie jeździłam na snowboardzie od prawie pięciu lat! Ale wracając do Barbary nagle dostałam olśnienia! Sportusie – przedszkole narciarskie, z którymi Baśka jeździła w zeszłym roku organizują przecież wyjazdy. I tak jesteśmy w Białce. Jak jest? Jak to wszystko wygląda? Jak zorganizowane są zajęcia dla dzieci? To wszystko będzie oczywiście w filmiku po naszym powrocie. A tymczasem przypominam Wam początki Baśki, jeżeli zastanawiacie się, kiedy dziecko może zacząć jeździć na nartach lub od czego zacząć.

A i jeszcze słów kilka o sprzęcie. Nie jestem zwolenniczką kupowania wszystkich gadżetów i sprzętów od razu. Więc na wyjazd narty, buty i kask wypożyczyłam w Warszawie, żeby już wszystko mieć i nie kombinować na stoku. Co więcej okazało się, że sklep/wypożyczalnia, w którym byłyśmy oferuje świetny system lojalnościowy dla dzieci. Płacimy raz, a potem co roku dopłacamy małą kwotę za wymianę butów i nart. Spoko, co nie? To tak, żebyście wiedzieli, że jest taka opcja;)

I jeszcze muszę dodać, że już po dwóch dniach Baśka prawie sama zjeżdża i dzisiaj pierwszy raz wjechała sama orczykiem! #radość #duma