WYJAZDOWY VLOG – NARTY, DESKA, SŁOŃCE…

To był dobry plan, żeby pojechać pierwszy raz na narty w styczniu do Białki. Baśka nauczyła się jeździć a zdobyte  umiejętności narciarskie można było wykorzystać w marcu! Bo właśnie wróciłyśmy z Włoch, z Folgarii, z narciarskiego obozu rodzinnego. Było bosko. Był śnieg – co najważniejsze! Mieliśmy jakieś dzikie szczęście, bo Ci, którzy byli chwilę przed nami tudzież gdzieś obok, za dużo go nie mieli. Było słońce, pyszne jedzenie i to do pełni szczęścia wystarczyło. W końcu pojeździłam na desce a czekałam na tę chwilę całe 5 lat. Pewnie się zastanawiacie co z Baśką w tym czasie? Otóż te rodzinne wyjazdy są tak zorganizowane, że dzieci jeżdżą w małych grupach z instruktorami a rodzice sami! Baśka znała instruktorów z Białki więc ochoczo z nimi śmigała. Spotykałam się z nią na lunch na stoku, czasem po południu jeździłam razem z jej teamem. Mniej więcej o godzinie 16-tej wracaliśmy do hotelu, gdzie na dzieciaki czekał basen i godzina zajęć twórczych z instruktorami. O 19-tej kolacja i tutaj rzecz niebywała. Dzieciaki były tak zmęczone, że nie dawały rady dokończyć deseru. A tekst:  „mamo ja już nie mam siły zjeść tych lodów” za każdym razem bawił mnie do łez. Finał był taki, że najpóźniej o godzinie 21-ej Baśka spała grzecznie w łóżku a ja mogłam napić się w spokoju wina.

Mam świadomość, że powyższy opis to istna sielanka. Ale, spokojnie były momenty kryzysowe. Baśka przecież śpi w przedszkolu w ciągu dnia i po lunchu ciężko ją było przez te pierwsze dni na narty znowu wyciągnąć. Marudziła, brzęczała, pokładała się, ale na szczęście ukochana instruktorka ogarniała Barbarę mistrzowsko a po za tym nie miała wyjść, musiała przecież zjechać do bazy, do hotelu na nartach. W połowie wyjazdu było już spoko i bardzo jej się podobało to, że po południu dołączałam czasem do jej grupy i mogłyśmy się ścigać czy wjechać razem latającą kanapą.

Niestety bywam czasem gapą i zapomniałam aparatu. Ale ajfon też dał radę! Zobaczcie naszego wyjazdowego vloga;)

 

 

BARBARA NARCIARA

Oto jest, nasz vlog z rodzinnego obozu narciarskiego. Było wspaniale! Byliśmy w Białce Tatrzańskiej a dzieciaki w przedszkolu narciarskim stawiały pierwsze kroki na stokach Kaniówki. Właśnie, jak już wszystko było zarezerwowane to zorientowałam się, że wcale nie mieszkamy blisko Kotelnicy, tylko Kaniówki. I był lekki nerw, że jak to? Przecież miały być piękne długie trasy a nie dwie na krzyż. Ale, ale na szczęście organizatorzy wiedzieli, co robią! Na Kaniówce było spokojnie, mało ludzi. Pierwsza niebieska trasa z orczykiem idealna do nauki a druga z krzesłem świetna do szkolenia i postawienia poprzeczki nieco wyżej. I ta radość z podróży latającą kanapą;)

Ja cały czas jestem w szoku, że ta moja Baśka w 6 dni nauczyła się jeździć! To wszystko zasługa instruktorów, którzy byli wspaniali. Mieli tak genialne podejście do dzieci, z innymi rodzicami podziwiałam ich cierpliwość, spokój i pasję. Organizacja nauki też nie bez znaczenia. Dwie godziny z małą przerwą na herbatę i ciacho, to optymalny czas na stoku dla maluchów. Ale my na stok wracaliśmy jeszcze po południu i to też było ekstra, bo po tych kilku godzinach przerwy było widać kolejne postępy. Co więcej same dzieci czuły, że idzie im coraz lepiej i za każdym razem miały coraz większą frajdę z jazdy i motywację.

Podsumowując jeżeli chcecie, żeby Wasze dzieciaki jeździły, to polecam Wam przedszkola narciarskie tudzież inne zajęcia z dziećmi. Taka formuła jest zdecydowanie bardziej intensywna i tańsza niż godziny jazdy z instruktorem. Warto tylko zwrócić uwagę na to, żeby wszystko było z głową ogarnięte i żeby dzieci jeździły w max. 3,4 osobowych grupach.

JESTEŚMY NA NARTACH!

Długo zastanawiałam się, co by tu wykombinować, żeby Baśka w tym sezonie już całkiem nieźle radziła sobie na nartach. Pierwsza myśl –  wracamy na Górkę Szczęśliwicką od listopada! Ale, co zrobić, kiedy śniegu brak a jazda na igielicie do zachęcających dla początkującego narciarza nie należy. Odpuściłam… Dobra, to pojedziemy gdzieś za granicę. Ale tutaj okazało się, że trudno jest znaleźć miejsce – te fajniejsze wyjazdy bookowane są bardzo szybko. Po drugie trudno jest znaleźć wyjazd w przystępnej cenie i żeby do tego były jeszcze dobrze zorganizowane zajęcia narciarskie dla dzieci, bo wiedziałam, że bez tego taki wyjazd nie ma sensu. A i tak nie gwarantowało to sukcesu, bo nawet w Alpach na pięknych trasach mogło się okazać, że narty wcale nie są takie fajne. Nie ma zatem, co ryzykować. Jedziemy w nasze polskie góry. I plan był taki: pojedziemy teraz na początku roku i jak Barbara z nartami będzie za pan brat, to na ferie pojedziemy gdzieś drugi raz albo później w marcu/kwietniu za granicę. Ach, mi to się marzą południowe włoskie stoki – nie jeździłam na snowboardzie od prawie pięciu lat! Ale wracając do Barbary nagle dostałam olśnienia! Sportusie – przedszkole narciarskie, z którymi Baśka jeździła w zeszłym roku organizują przecież wyjazdy. I tak jesteśmy w Białce. Jak jest? Jak to wszystko wygląda? Jak zorganizowane są zajęcia dla dzieci? To wszystko będzie oczywiście w filmiku po naszym powrocie. A tymczasem przypominam Wam początki Baśki, jeżeli zastanawiacie się, kiedy dziecko może zacząć jeździć na nartach lub od czego zacząć.

A i jeszcze słów kilka o sprzęcie. Nie jestem zwolenniczką kupowania wszystkich gadżetów i sprzętów od razu. Więc na wyjazd narty, buty i kask wypożyczyłam w Warszawie, żeby już wszystko mieć i nie kombinować na stoku. Co więcej okazało się, że sklep/wypożyczalnia, w którym byłyśmy oferuje świetny system lojalnościowy dla dzieci. Płacimy raz, a potem co roku dopłacamy małą kwotę za wymianę butów i nart. Spoko, co nie? To tak, żebyście wiedzieli, że jest taka opcja;)

I jeszcze muszę dodać, że już po dwóch dniach Baśka prawie sama zjeżdża i dzisiaj pierwszy raz wjechała sama orczykiem! #radość #duma